No nie, to już z pewnością cud! W Holandii, w kompletnie pustym mieście, spotkać na ulicy jednego jedynego człowieka i proszę. Francuza! Nie do uwierzenia…
Wiedział, gdzie jest ten hotel, w dodatku jechał w tamtą stronę, dopilotował mnie na miejsce. Patrzyłam na licznik, oczywiście, zgubione zero, nie żadne czterysta metrów, tylko równo cztery kilometry. W życiu bym sama nie trafiła, bo znak informacyjny Merkurego, bardzo mały, tkwił nisko, zatopiony w zieleni, a sam budynek wznosił się w głębi i prowadziły do niego parkowe alejki. Zaraz po skręcie już go było widać, jednakże należało wiedzieć, gdzie skręcić.
Parking przed hotelem nie był przesadnie zapchany, wolne okazały się nawet dwa pierwsze miejsca w drugim rzędzie, najbliżej wejścia. Spodobały mi się na pierwszy rzut oka. Podjechałam tam, zatrzymałam się na samym skraju i zgasiłam silnik.
Nie wysiadłam od razu. Siedziałam w samochodzie, napawałam się ulgą i odpoczywałam. Deszcz lał rzetelnie. Smętnie usiłowałam policzyć, ile parasolek zostawiłam w domu, ze sześć chyba, przy sobie nie miałam ani jednej. Za to przypomniało mi się, że posiadam także aktualny wykaz hoteli Mercure, z adresami i dojazdem, tak samo jak Campanilli, i teoretycznie mogłam z niego skorzystać, zamiast szukać stacji benzynowych i łapać ludzi po ulicach. Ale nie czyniłam sobie wyrzutów. W praktyce wykaz był mi niedostępny, znajdował się gdzieś z tyłu, możliwe, że pod fotelami na podłodze, a możliwe, że w torbach na ich plecach, ciasno upchnięty. Z pewnością nie dałabym rady go stamtąd wyszarpnąć.
Zdecydowałam się wreszcie ruszyć ze swojego miejsca. Światło znad bliskiego wejścia do hotelu padało na fotel pasażera i w jego blasku widać było leżące tam przedmioty. Otwarta torebka, komórka, butelka wody mineralnej, papierosy, zapalniczka, śmieci, stary atlas drogowy, rozmaite rachunki i jedna rękawiczka. Reszta na ziemi. Przypomniało mi się, że na autostradzie raz zahamowałam dość gwałtownie, bo drogowskaz wyskoczył znienacka, przedtem zasłaniała go ciężarówka, A możliwe, że się trochę zamyśliłam.
Schyliłam się i zaczęłam zbierać rzeczy z podłogi. Portfel przede wszystkim, portmonetka, nowy atlas, zasilacz do komórki, dosyć dużo bilonu, ciemne okulary, druga rękawiczka, pokwitowania z bankomatów… Trochę to potrwało, szczególnie bilon i liczne papierki przysporzyły mi trudności, uczono mnie jednakże z wielkim naciskiem, żeby nie zostawiać byle gdzie żadnych świstków z numerami kart kredytowych. Mogłam, oczywiście, wysiąść i pozbierać to wszystko od drugiej strony, co byłoby znacznie łatwiejsze, ale ciągle lał deszcz. Nie miałam najmniejszej ochoty moknąć, nawet gdybym miała moknąć tylko w dolnej połowie i od tyłu.
Usłyszałam samochód, który podjechał i zaparkował na wolnym miejscu po mojej lewej stronie, przeleciały po mnie jego światła. Ściśle biorąc, nie po mnie, tylko po moich szybach, bo ciągle byłam schylona i na rączce biegów odgniatałam sobie żołądek. Skończyłam te parterowe zabiegi i wyprostowałam się, kiedy obok trzasnęły drzwiczki. Otworzyłam moje, automatycznie zapaliły się światła, naciągnęłam na głowę kaptur nieprzemakalnej kurtki, wysiadłam i ruszyłam ku tyłowi samochodu.
Dokładnie w tym momencie ruszył facet obok i zetknęliśmy się przy moim bagażniku. Światło padało na jego twarz także od dołu, z samochodu, zatem daszek czapki jej nie zasłaniał. Przyjrzałam mu się dokładnie, aczkolwiek całkowicie bez powodu.
Obydwoje mruknęliśmy „przepraszam”, zdaje się, że w dwóch różnych językach. Niewykluczone, że przeprosiłam go po duńsku, bo przecież jechałam do Danii i byłam coraz bliżej jej granic. Odszedł od razu, niknąc gdzieś w mroku, ja zaś wywlokłam podręczną walizkę na kółkach, wygrzebałam torebkę z przyległościami i sięgnęłam po atlas, żeby w spokoju sprawdzić dalszą trasę. Coś z niego wyleciało. Rozejrzałam się, bo i z wypchanej torebki mogło mi wylecieć, i rzeczywiście, drugi papier leżał pod kołem samochodu. Podniosłam makulaturę, otrząsnęłam z wody i wreszcie udałam się do hotelu.
Cudowne miejsce. Żadnego stopnia, żadnej górki, żadnego krawężnika, po płaskim terenie wprost do recepcji i do windy. No owszem, w takich warunkach mogę się nawet opiekować własnym bagażem.
Nazajutrz odjechałam do Danii przez Puttgarden i Rødby, rezygnując z drogi lądowej, bo w tym ustawicznym deszczu i beznadziejnej plątaninie autostrad kompletnie straciłam cierpliwość.
* * *
Na samochód, drugą dobę stojący na hotelowym parkingu, uwagę zwrócił pies.
Goście z Anglii, młode małżeństwo z dzieckiem i psem, przyjechali wczesnym wieczorem i zaparkowali gdzieś w środku pierwszego rzędu pojazdów. Zabrali bagaże i ruszyli ku wejściu.
Pies imieniem Amo, raczej dość okazały, prowadzony na smyczy, pociągnął nagle za sobą swoją sześcioletnią panienkę i podbiegł do drugiego samochodu w drugim rzędzie. Głuchy na rozmaite okrzyki i rozkazy, obwąchał mercedesa bardzo starannie, usiadł obok tylnego koła i zawył przeciągle i posępnie.
Państwu bagaże wypadły z rąk. Wieczór, w przeciwieństwie do tego sprzed dwóch dni, był pogodny, słońce dopiero zachodziło, widoczność panowała znakomita i wokół kręciło się trochę ludzi. Nie tłum, ale dostatecznie dużo, żeby pies spowodował kompromitację, bo co to za pies i jak wychowany, jeśli publicznie wyje okropnym głosem i nie pozwala się odciągnąć od cudzego samochodu.
Nie było to arabskie targowisko ani polski tramwaj, nie wtrącili się zatem wszyscy od razu, zainteresowanie okazano dyskretnie. Ktoś tam bliżej udzielił jakiejś rady, ktoś dalej odwrócił się i gapił, z hotelu wyjrzała recepcjonistka, wyszedł portier. Państwo usiłowali udawać, że nic się nie dzieje, pies upierał się przy swoim. Dziewczynka zaczęła płakać.
Obsługa hotelu zdecydowała się na interwencję, padły wstępne pytania. Państwo stanowczo twierdzili, że ich pies jest normalny, szczepiony i bardzo mądry. Tym bardziej jego zdanie należało wziąć pod uwagę, coś musiało być nie w porządku z samochodem. Portier zajrzał do środka, spróbował otworzyć drzwiczki, ale były zamknięte, powiadomił więc tylko wszystkich, że na tylnych fotelach leżą jakieś drobne przedmioty. Nie wiadomo, po co udzielił tej informacji, bo każdy mógł zajrzeć i sam to zobaczyć. Państwo zdołali wreszcie odciągnąć psa, który w oddaleniu od mercedesa przestał wyć, dzięki czemu dziewczynka przestała płakać. Atmosferze nieco ulżyło.
Pozostało jednakże zainteresowanie. Ktoś z gości zaopiniował, że sprawą powinien zająć się hotel, bo pies może wyć za każdym razem, kiedy zobaczy samochód, który najwidoczniej budzi w nim żywą niechęć, a taki rodzaj dźwięków trudno będzie wytrzymać. Hotel był podobnego zdania, rozpoczęto poszukiwanie właściciela.
Bez wielkiego trudu, w ciągu dwudziestu minut, ustalono, że właściciela nie ma. Wszyscy aktualni goście hotelowi przypisani byli do określonych samochodów, a ten jeden okazał się bezpański. W dodatku nie wiadomo, jak długo tu stoi.
Portier przypomniał sobie nagle, że dwa dni temu przed południem jeszcze go nie było. Wie na pewno, bo pomagał gościom upychać bagaże w samochodzie, stojącym akurat w tym miejscu, po czym goście odjechali, poza tym, samochód gości to był volkswagen, a nie mercedes. Natychmiast potem recepcjonistka przypomniała sobie, że tego dnia w południe zaczął kropić deszcz i sama przyglądała się ze współczuciem, jak bardzo starsza osoba gramoliła się z samochodu, tu właśnie parkującego, wywlekały ją dwie osoby znacznie młodsze, trwało to w nieskończoność, a całe to damskie towarzystwo usiłowało chronić fryzury. Parasolkę nawet miały, ale brakowało im do niej rąk. Marki ich wozu nie pamięta, ale był czerwony, więc to z pewnością nie ten. Z czego wynikło, że ten mógł tu stać od popołudnia, nie wcześniej, i nikt już na niego nie zwrócił uwagi.
Stałby zapewne jeszcze długo, nie przeszkadzając nikomu, bo hotelowy parking był obszerny, gdyby nie pies, który w jakiś tajemniczy sposób spowodował poruszenie. Zapewne wydanym z siebie głosem, bo grobowe wycie zazwyczaj budzi co najmniej niepokój.
Portier przepisał numer z tablicy rejestracyjnej, recepcjonistka pogrzebała w komputerze i wyszło na jaw, iż właścicielką pojazdu jest niejaka Ewa Thompkins, Angielka pochodzenia polskiego, zamieszkała w Londynie, w Chelsea, w domu własnym. Możliwe. Gdzie jednakże mogła znajdować się w tej chwili Ewa Thompkins z Chelsea, skoro jej samochód stał przed hotelem Mercure w Zwolle i denerwował psa?
Ponadto Ewa Thompkins nie była gościem hotelowym ani obecnie, ani wcześniej, ani w ogóle nigdy. Gdyby była, nikt by się dalej w sprawę nie wdawał, gość hotelowy na wakacjach ma prawo robić, co mu się podoba, może zostawić samochód i udać się dokądś na grubsze pijaństwo, ewentualnie zapomnieć o świecie w objęciach gacha. Jeżeli jednak gościa nie ma, a samochód stoi…?
I w dodatku pies wyje…
Zakłopotanie personelu rosło i w końcu recepcjonistka bąknęła właściwe słowo:
– Policja…
– Czy to warto…? – przyhamował ją niepewnie portier. – Może jeszcze poczekać?
– A jeśli on znów będzie wył…?
– Poprosimy, żeby omijali to miejsce. Z daleka nie wyje.
Комментарии к книге «Mnie Zabić», Иоанна Хмелевская
Всего 0 комментариев