– Żeby nie zostawiać świadków. Pani stanowiła dla niego szczyt niefartu – tu Górski kiwnął ku mnie głową. – Jeden to ten Feuillet, a pani druga. Nikt inny nie widział go prawdziwego i nikt inny nie mógł zaświadczyć, że przywiózł zwłoki na parking w Zwolle. A, właśnie! Odciski palców Meiera też nie były prawdziwe, Rijkeveegeen wie to już od dawna, taka błonka na palcach, kosztownie mu wychodziło to przebieranie, ale zyskiwał tyle, że mógł sobie pozwolić. A na panią mógł trafić kiedykolwiek, byle gdzie, też nieszczęśliwym przypadkiem. Nie chciał żyć w zagrożeniu.
– Zaraz – wtrąciła się energicznie Małgosia. – A po co on właściwie robił te wszystkie sztuki z samochodami, zamiast rąbnąć cokolwiek komukolwiek? I tak tę Ewę wrabiał?
Mogłam wyręczyć Górskiego w odpowiedzi.
– Bo każdy właściciel już na drugi dzień rano zrobi raban na pół Europy, że mu pojazd ukradli. O, chociażby ten chłopak, któremu motor podwędził, od świtu latał i wrzeszczał! I już wszystkie gliny mają numer i markę. I nie tylko gliny, wielkie garaże, strzeżone parkingi na lotniskach, na dworcach… A tu miał pewność, że nikt żadnej kradzieży nie zauważy prawie do końca wakacji.
– I nie tylko – włączył się Górski. – On znał Lapointe’a, wiedział o tej jego podwójnej osobowości, tu Francuz Lapointe, a tam Holender Moeller, specjalnie go przylepił do afery. Miał nadzieję, że wszystkie podejrzenia padną na niego i zanim się to wyjaśni, on już dawno będzie bezpieczny. Znał Zwolle, znał ten hotelowy parking, ludzie, przecież on to sobie przygotowywał przez parę lat! I udałoby mu się, gdyby nie trafił na świadka…
– Niech ktoś otworzy jakąś butelkę wina – poprosiłam. – Żyję jednak, co mnie troszeczkę dziwi.
– To i dobrze, że mój szwagier nie miał pojęcia, gdzie pani jest – stwierdził Tadzio i poszedł po wino.
– I tak się musiał bez przerwy przebierać… – westchnęła w zadumie Elżbieta Gąsowska, jakby z odrobiną współczucia.
Górski podchwycił.
– Otóż to. Musiał mieć jakąś własną melinę. Ten dom w Chelsea otrzymany w spadku… zawracanie głowy, sfałszował testament, dla bystrego faceta komputery to żyła złota. W życiu nikt by go nie odnalazł, gdyby się nie zbiegło. Dokumenty, paszport, ściśle biorąc, i prawo jazdy… miał przy sobie, bo już wiedział, że wszystkie inne osobowości są podejrzane i powinien wrócić do własnego nazwiska. Dom w Anglii miał pod własnym, a w tym domu oprzyrządowanie… rany boskie, do takiej charakteryzacji potrzebna jest cała pracownia kosmetyczna, czy jak to nazwać… Gdzieś musiał wszystko trzymać. I co to się było zastanawiać, skąd on wie cokolwiek o Ewie Thompkins, bywał tam przecież, oczy miał w głowie, po polsku umiał. Rozmawiała przez telefon, nie?
– Ale u niej nie bywał! – zaprotestowałam. – Raz go tylko widziała!
– Widziała go więcej razy, tylko nie miała pojęcia, że to on. Za to on ją widywał dość często. I podsłuchał bez trudu. Ona lubi świeże powietrze.
– I co? – nacisnęła Małgosia. – Tam znaleźli te rzeczy?
– Tam znaleźli wszystko. Gumę piankową, skórę, maski, peruki, szkła kontaktowe, masę plastyczną, ostatnie zdobycze techniki. Dokumenty wszelkie, dowody na nieskazitelne życie Alberta Hauchera, także dowody tożsamości mnóstwa innych osób, już wykorzystanych. Prawdziwe odciski palców, włosy. Pełnego człowieka.
– I wszystko pokazały szczeniaczki? – ucieszyła się Martusia.
– Szczeniaczki – potwierdził Górski.
– To jakże, znaczy, że to Jadzia? – przestraszyła się nagle Gąsowska.
– Owszem. Dzięki Jadzi Bertlett tam się pokręcił, chociaż do Rijkeveegeena zadzwonił tylko na wszelki wypadek…
– I teraz sama pani widzi, że romans z angielskim gliniarzem ma jakiś sens – wytknęłam czym prędzej. – Kiedy oni ślub biorą?
– To już pani wie…? Zaraz po Nowym Roku się szykują, cała rodzina chyba pojedzie.
Górski przyglądał mi się jakoś dziwnie, a Witek tam samo.
– No tak. Ale to przecież pani im poradziła, żeby się poradzić tego gliniarza…
– I ty go rozpoznałaś z twarzy, a nawet i z daleka…
– A myśli pani, że dlaczego ja się w tę całą kotłowaninę wdałem osobiście? Dla przyjemności? Z nudów? Od pierwszej chwili było widać, że musi się pani pozbyć!
Zastanowiłam się. No rzeczywiście, to ja mu chyba narobiłam najwięcej złego. Obejrzałam go na parkingu, kiedy przywiózł zwłoki, rozpoznałam go na plaży, namówiłam Ewę na Bertletta… Gdyby nie ja, ten biedny człowiek, złoczyńca, morderca, uzdolniony przestępca finansowy… a, czort go bierz z finansami, ale ludzkich jednostek nie należało jednak usuwać z tego świata, nieładnie jakoś… Mimo wszystko, beze mnie zdołałby może ze wszystkiego się wyłgać.
– Zdaje się, że miał rację – przyznałam z czymś w rodzaju smętnej skruchy. – Rozumiem go, stanowczo powinien był mnie zabić…
Комментарии к книге «Mnie Zabić», Иоанна Хмелевская
Всего 0 комментариев