• Читалка
  • приложение для iOs
Download on the App Store
  • Читалка
  • приложение для Android
Get it on Google Play

«Najemnik»

3138

Описание

Dopóki Cheradenine Zakalwe był tajnym agentem Kultury, jego życie toczyło się w miarę spokojnym rytmem: ot, zwykłe intrygi, podstępne plany, od czasu do czasu wojskowa operacja na jakiejś odległej planecie. Wszystko to uległo radykalnej zmianie w chwili, kiedy Diziet Sma wzięła jego los w swoje ręce… Kolejny tom cyklu o Kulturze potwierdza, że Iain M. Banks słusznie cieszy się opinią jednego z najoryginalniejszych i najbardziej nieobliczalnych współczesnych twórców science fiction.

1 страница из 92
читать на одной стр.
Настроики
A

Фон текста:

  • Текст
  • Текст
  • Текст
  • Текст

Шрифты

  • Аа

    Roboto

  • Аа

    Garamond

  • Аа

    Fira Sans

  • Аа

    Times

  • Аа

    Iowan

  • Аа

    San Francisco

  • Аа

    SF Serif

  • Аа

    New York

  • Аа

    Helvetica Neue

  • Аа

    Arial

  • Аа

    Georgia

  • Аа

    Times New Roman

  • Аа

    Courier

  • Аа

    Courier New

  • Аа

    Menlo

  • Аа

    SF Mono

стр.

Iain M. Banks

Najemnik

Dla Mic

PODZIĘKOWANIE

Za wszystko winię Kena MacLeoda.

To on skłonił starego wojownika do powrotu z emerytury oraz zasugerował ćwiczenia cielesne.

Drobna mechaniczna destrukcja

Zakalwe upełnomocniony;

Nad miastem leniwe kłęby dymu,

Czarne wormhole w jasnym Centrum Wybuchu;

Czy powiedzieli ci już to, co chciałeś usłyszeć?

Czy zmoczonego ulewą powódź złapała cię

Na betonowym brzegu

Ufortyfikowanej wyspy?

Wszedłeś między rozbite maszyny

Z oczyma niezamglonymi od narkotyków

Szukałeś sprzętu z innej wojny,

Wypatrywałeś ducha i polotu, co zanikły.

Pojazdy, statki, samoloty,

Karabin, drona, pola sił to twe zabawki.

Krwią i łzami ludzi

Spisałeś alegorię swego regresu;

Nieśmiały poemat o twym wyniesieniu

Z czystego i obszarpanego wdzięku.

Ci, co cię znaleźli,

Zabrali i przebudowali

(„Chłopcze, teraz tylko ty i my,

Nasze pociski nożowe, cios, szybkość, krwawy sekret:

Droga do serca człowieka wiedzie przez tors!”)

Uważali cię za zabawkę,

Mały dzikus; atawizm z dalekich kresów

Użyteczny, gdyż Utopia nie obfituje w wojowników.

Ty jednak w sprytne scenariusze

Chciałeś wpisać własne sceny.

I gdy grałeś serio,

Za naszą grą,

Przez grymaśne gruczoły,

Widziałeś własny sens,

W kościach.

To wyrafinowane życie

Nie mieszkało w ciałach.

A co myśmy jedynie wiedzieli,

Ty czułeś plazmą swych zmutowanych komórek.

Rasd-Coduresa Diziet Embless Sma da’Marenhide na adres Sekcji Specjalnej Służby Kontaktu, Rok 115 (Ziemia, kalendarz khmerski), Oryginał maraiński, tłumaczenie własne. Nie opublikowany.

Prolog

— Powiedz mi, co to jest szczęście.

— Szczęście? Szczęście… to obudzić się w jasny wiosenny poranek po wyczerpującej pierwszej nocy spędzonej z piękną… namiętną… wielokrotną morderczynią.

— O cholera. Tylko tyle?

Trzymał w palcach kieliszek jak schwytaną istotę, pocącą się światłem. Płyn w kieliszku, tej samej barwy co obserwujące go, na wpół przykryte powiekami oczy, poruszał się sennie w słońcu, rzucając na twarz mężczyzny złotawe żyłkowane refleksy.

Opróżnił kieliszek i gdy piekący alkohol spływał mu przez gardło, miał wrażenie, że to światło szczypie go w oczy. Obracał kieliszek w dłoni, gładko i ostrożnie, zafascynowany chropowatym dnem i jedwabną śliskością nierżniętych fragmentów powierzchni. Podniósł go ku słońcu, zmrużył oczy. Szkło skrzyło się setką drobnych tęczy. Na tle nieba maleńkie pęcherzyki w smukłej nóżce żarzyły się złociście, poskręcane w podwójną żłobkowaną spiralę.

Powoli opuścił kieliszek i powędrował wzrokiem nad ciche miasto.

Patrzył z ukosa ponad dachy, iglice i wieże w stronę drzew w nielicznych przykurzonych parkach, i dalej za odległą linię miejskich murów, na blade równiny i niebieskawe jak dym wzgórza, drżące w mgiełce żaru pod bezchmurnym niebem.

Nie odrywając oczu od pejzażu, nagle cisnął kieliszek przez ramię do chłodnej sali. Szkło znikło w cieniach i rozbiło się z brzękiem.

— Ty draniu — odezwał się po pewnej chwili ktoś głosem stłumionym i niewyraźnym. — Myślałem, że to ciężka artyleria. Omal się nie zesrałem. Chcesz, żeby wszystko to pokryło się gównem?… Do diabła, też pogryzłem szkło… mmm… krwawię. — Milczenie. — Słyszysz mnie? — Przytłumiony, niewyraźny głos przybrał nieco na sile. — Krwawię… Chcesz zobaczyć na podłodze gówno i rasową krew? — Dało się słyszeć drapanie, dzwonienie, po czym zapadła cisza. A potem: — Ty draniu.

Młody mężczyzna na balkonie odwrócił się od panoramy miasta i wszedł do sali krokiem tylko nieco niepewnym. W chłodnym wnętrzu rozbrzmiewały pogłosy. Tysiącletnią mozaikę na podłodze pokryto w nowszych czasach przezroczystą warstwą, chroniącą drobne ceramiczne detale przed uszkodzeniem. Pośrodku stał masywny, bogato rzeźbiony stół bankietowy otoczony krzesłami. Pod ścianami poustawiano mniejsze stoły, krzesła, niskie komody i wysokie kredensy; wszystkie meble z tego samego ciemnego, ciężkiego drewna.

Niektóre ściany pokrywały wyblakłe, lecz nadal imponujące freski, przeważnie sceny bitewne; inne ściany, pomalowane na biało, obwieszono olbrzymimi mandalami starej broni; setki włóczni i noży, mieczy i tarcz, dzid i buzdyganów, boi i strzał ułożonych w wielkie spirale skrzyżowanych ostrzy niczym nieprawdopodobnie symetryczny wybuch szrapnela. Rdzewiejące strzelby celowały zarozumiale w siebie nawzajem ponad przysłoniętymi kominkami.

Na ścianach wisiało parę wyblakłych obrazów i postrzępionych gobelinów, ale zmieściłoby się ich tam znacznie więcej. Przez wysokie trójkątne okna o kolorowych szybach padały kliny światła na mozaikę podłogi i na meble. Białe kamienne ściany zwieńczone były w górze czerwonymi filarami, podtrzymującymi potężne czarne drewniane bale, które schodziły się nad salą jak gigantyczny namiot z kanciastych palców.

Młody mężczyzna kopnął antyczne krzesło, przywracając mu właściwą pozycję.

— Co za rasowa krew? — rzekł.

Padł na krzesło, jedną dłoń oparł na olbrzymim stole, drugą przejechał po głowie, jakby przeczesywał długie gęste włosy, choć w rzeczywistości czaszkę miał wygoloną.

— Co? — Głos dochodził skądś spod wielkiego stołu.

— Czyżbyś miał jakieś arystokratyczne koneksje, ty stary pijaczyno?

Mężczyzna przetarł oczy zaciśniętymi pięściami, potem otwartą dłonią masował sobie twarz.

Nastąpiła dłuższa przerwa.

— Kiedyś ugryzła mnie księżniczka.

Młody mężczyzna spojrzał na belkowany sufit.

— To nie jest dostateczny dowód — parsknął.

Wstał i ponownie wyszedł na balkon. Wziął z balustrady lornetkę.

Cmoknął, zakołysał się, wrócił do okna, oparł się rękoma o framugę, by mieć stabilniejszy widok. Regulował przez chwilę ostrość. Pokręcił głową, odłożył lornetkę na kamienną poręcz, skrzyżował ramiona na piersi i oparłszy się o mur, patrzył na miasto.

Było spieczone; brązowe dachy i chropowate wykończenia ścian szczytowych jak skórka chleba; kurz jak mąka.

Nagle w jednej chwili rozedrgana panorama pod naporem wspomnień zszarzała, pociemniała. Mężczyzna przypomniał sobie inne twierdze (skazane na zagładę miasto namiotów na majdanie, w oknach trzęsą się szyby; młoda dziewczyna — teraz już martwa — skulona w fotelu w wieży Pałacu Zimowego). Zadrżał mimo upału i przepędził wspomnienia.

— A ty?

Młody znowu spojrzał w głąb sali.

— Co takiego?

— Czy kiedykolwiek miałeś powiązania z… eee… lepszymi od ciebie i mnie?

Młody mężczyzna nagle spoważniał.

— Kiedyś… — zaczął, ale się zawahał. — Kiedyś znałem osobę, która była… niemal księżniczką. I przez pewien czas kawałek jej nosiłem w sobie.

— Mógłbyś powtórzyć? Nosiłeś…

Комментарии к книге «Najemnik», Иэн Бэнкс

Всего 0 комментариев

Комментариев к этой книге пока нет, будьте первым!

РЕКОМЕНДУЕМ К ПРОЧТЕНИЮ

Популярные и начинающие авторы, крупнейшие и нишевые издательства