Przek³ad Marek P¹kcinski Marek Rudnik
The Mountain Without a Name
Gdy Morrison opuszcza³ namiot dowуdztwa, Dengue, obserwator, spa³ z otwartymi ustami, rozci¹gniкty w p³уciennym fotelu. Morrison nie zada³ sobie trudu, by go obudziж. Mia³ wystarczaj¹co du¿o w³asnych zmartwieс.
Musia³ przyj¹ж delegacjк tubylcуw. Byli to ci sami idioci, ktуrzy walili w bкbny na otaczaj¹cych obуz urwiskach skalnych. Potem zaœ mia³ nadzorowaж zniszczenie Gуry Bez Imienia. W tej chwili by³ tam ju¿ jego zastкpca, Ed Lerner. Jednak wczeœniej Morrison zamierza³ jeszcze zaj¹ж siк wypadkiem, ktуry ostatnio mia³ miejsce.
Gdy przemierza³ obуz roboczy, mija³o w³aœnie po³udnie; korzystaj¹c z przerwy na lunch, robotnicy jedli kanapki i popijali kawк, oparci o swe olbrzymie maszyny. Wygl¹da³o to w miarк normalnie, jednak Morrison ju¿ dostatecznie d³ugo by³ szefem robуt przy rekonstrukcji planet, by umieж rozpoznaж niepokoj¹ce oznaki. Nikt nie chwyta³ go za rкkawy, nikt nie prуbowa³ zagadywaж. Siedzieli po prostu na zapylonej powierzchni planety, w cieniu swoich wielkich maszyn, jakby spodziewali siк kolejnego incydentu.
Tym razem zniszczeniu uleg³ du¿y niwelator terenu firmy Owen. Sta³ teraz przekrzywiony na z³amanej osi, tam, gdzie pozostawi³a go brygada awaryjna. W szoferce siedzia³o dwуch kierowcуw, czekaj¹c na Morrisona.
— Jak to siк sta³o? — spyta³ podchodz¹c do nich.
— Nie mam pojкcia — odpar³ g³уwny kierowca, œcieraj¹c z powiek kropelki potu. — Mia³em wra¿enie, jakby droga umknк³a nam spod kу³. Tak jakby nagle obrуci³a siк na bok.
Morrison chrz¹kn¹³ i kopn¹³ w olbrzymie przednie ko³o niwelatora. Ta maszyna by³a tak skonstruowana, ¿e mog³aby spaœж z szeœciu metrуw na lit¹ ska³к i wyjœж z tego bez najmniejszego zadrapania. Niwelatory Owena nale¿a³y do najodporniejszych maszyn, jakie kiedykolwiek zbudowano.
A teraz ju¿ piкж z tych, ktуre mu przydzielono, by³o niesprawnych.
— Nic w tej robocie nie mo¿e iœж normalnie — oznajmi³ kierowca–pomocnik, tak jakby to wszystko wyjaœnia³o.
— Stajecie siк kompletnie beztroscy — powiedzia³ strofuj¹co Morrison. — Nie mo¿ecie tutaj kierowaж tym sprzкtem tak, jak na Ziemi. Z jak¹ prкdkoœci¹ jechaliœcie?
— Piкtnaœcie kilometrуw na godzinк — odpowiedzia³ g³уwny kierowca.
— I ja mam w to uwierzyж? — spyta³ z przek¹sem Morrison.
— Ale¿ to prawda! Droga przed nami tak jakby opad³a…
— Taaa… — skonstatowa³ dyrektor. — Kiedy wreszcie dotrze do waszych pustych czaszek, ch³opaki, ¿e nie jesteœcie na autostradzie do Indianapolis? Obcinam wam po pу³ dniуwki.
Odwrуci³ siк i poszed³ w swoj¹ stronк. Na pewno byli teraz na niego wœciekli. Ale to dobrze, bo uczucie irytacji powinno odwrуciж ich uwagк od tego, co dzia³o siк na planecie.
W³aœnie rusza³ w stronк Gуry Bez Imienia, gdy radiooperator wychyli³ siк ze swojego baraku i zawo³a³:
— To do ciebie, Morrie! Ziemia.
Morrison wzi¹³ s³uchawkк. Mimo pe³nego wzmocnienia ledwie by³ w stanie rozpoznaж g³os pana Shotwella, prezesa rady nadzorczej koncernu Stal Pozaziemska. Shotwell pyta³:
— Co was wstrzymuje?
— Wypadki — odrzek³ Morrison.
— Kolejne wypadki?
— Obawiam siк, ¿e tak, sir.
W s³uchawce przez chwilк panowa³a cisza. W koсcu Shotwell zada³ pytanie:
— Ale dlaczego, Morrison? To przecie¿ jedna z naj³atwiejszych planet w naszym wykazie robуt. Czy nie jest tak?
— Tak, sir — potwierdzi³ bezwiednie Morrison. — Mieliœmy tu jednak seriк pechowych wydarzeс. Ale poradzimy sobie.
— Mam nadziejк — stwierdzi³ Shotwell. — Chcia³bym mieж pewnoœж, ¿e tak bкdzie. Siedzicie tam ju¿ prawie miesi¹c i nie zbudowaliœcie jeszcze ¿adnego miasta, kosmoportu ani nawet autostrady! Pojawi³y siк ju¿ pierwsze og³oszenia i reklamy.
Ludzie pytaj¹ nas o szczegу³y. Wielu chce siк osiedliж na tej planecie, Morrison! Przedsiкbiorstwa komercyjne i us³ugowe chc¹ tam za³o¿yж swoje przedstawicielstwa.
— Wiem o tym, sir.
— Z pewnoœci¹. Jednak do tego potrzebna jest zagospodarowana planeta, osadnicy zaœ domagaj¹ siк ustalenia definitywnej daty przeprowadzki. Jeœli my nie bкdziemy w stanie tego zrobiж, uczyni to General Construction albo koncern Ziemia–Mars, albo Johnson i Hearn. Planety nie s¹ a¿ tak rzadkim towarem. Rozumie pan to, prawda?
Od czasu gdy zaczк³y siк wypadki, nastrуj Morrisona by³ mocno zwarzony. Teraz nagle eksplodowa³:
— Czego, do diab³a, pan chce ode mnie?! — krzykn¹³. — Czy uwa¿a pan, ¿e coœ zmyœlam?! Mo¿e pan wzi¹ж ten swуj zawszony kontrakt i wsadziж go…
— No, dobrze ju¿, dobrze — powiedzia³ poœpiesznie pan Shotwell. — Nie mia³em na myœli nic osobistego, Morrison. Wierzymy, wiemy, ¿e jest pan najlepszy w dziedzinie konstrukcji planetarnych. Jednak akcjonariusze…
— Zrobiк, co w mojej mocy — odpowiedzia³ Morrison i od³o¿y³ s³uchawkк.
— Ostro, ostro — wymamrota³ radiooperator. — A mo¿e akcjonariusze zechcieliby zjawiж siк tutaj ze swoimi malutkimi szpadelkami?
— Zapomnij o tym — odrzek³ Morrison i wybieg³ z baraku.
Lerner czeka³ na niego w Punkcie Kontrolnym Able, patrz¹c ponuro na masyw gуry. By³a wy¿sza ni¿ ziemski Mount Everest, a œnieg w wy¿szych partiach zbocza po³yskiwa³ rу¿owawo, odbijaj¹c przedwieczorne œwiat³o s³oсca. Ta gуra nigdy nie zosta³a nazwana.
— Czy za³o¿yliœcie ju¿ wszystkie ³adunki? — zapyta³ Morrison.
— To potrwa jeszcze kilka godzin — odrzek³ z wahaniem Lerner, niewysoki, ostro¿ny, siwiej¹cy cz³owiek. Oprуcz tego, ¿e pe³ni³ funkcjк zastкpcy Morrisona, zajmowa³ siк te¿ amatorsko ekologi¹. — To najwy¿sza gуra na planecie — doda³. — Czy nie mуg³byœ jej zachowaж?
— Nie ma takiej mo¿liwoœci. To miejsce ma kluczowe znaczenie. W³aœnie tutaj ma powstaж port oceaniczny.
Lerner skin¹³ g³ow¹ i obrzuci³ gуrк wzrokiem pe³nym ¿alu.
— Naprawdк szkoda — powiedzia³. — Nikt nigdy jeszcze siк na ni¹ nie wspina³.
Morrison odwrуci³ siк gwa³townie i utkwi³ pe³en wœciek³oœci wzrok w swoim zastкpcy.
— Pos³uchaj, Lerner — powiedzia³. — Zdajк sobie sprawк z tego, ¿e nikt jeszcze nie wspina³ siк na tк gуrк. Uœwiadamiam sobie, ¿e zniszczenie jej bкdzie mia³o wymowк symboliczn¹. Jednak wiesz rуwnie dobrze jak ja, ¿e to jest nieuniknione. Po co w takim razie rozdzieraж szaty?
— Nie zamierza³em…
— Moja praca nie polega na podziwianiu krajobrazуw. Nienawidzк naturalnych krajobrazуw. Moja robota to przekszta³cenie tego miejsca tak, by spe³nia³o specyficzne wymagania ludzkich istot.
— Jesteœ doœж nerwowy — zauwa¿y³ Lerner.
— Po prostu skoсcz z tymi chytrymi wycieczkami pod moim adresem.
— W porz¹dku.
Комментарии к книге «Obywatel Galaktyki (zbiór opowiadań)», Роберт Шекли
Всего 0 комментариев