«Hotel pod poległym alpinistą»

1996

Описание

…Poznajmy najpierw komisarza Petera Glebskego który mimo polsko brzmiącego nazwiska jest niezbyt bystrym przedstawicielem policji jakiegoś bliżej nie określonego alpejskiego państwa. Nie żeby polscy przedstawiciele prawa byli jakoś bardzo bystrzy ale w kryminałach przyzwyczajeni jesteśmy jednak do błyskotliwych śledczych. Glebsky jest zmęczonym, wielce zasłużonym komisarzem policji który przyjeżdża na długo oczekiwany urlop do jak się wydawało spokojnego miejsca zagubionego gdzieś wysoko w górach. Ma niestety typowe przypadłości policjanta. Dużo pije, trzyma się regulaminu oraz narzeka na szefa (który to notabene wysyła go w to miejsce na urlop). Gdy wiec jeden z gości dwumetrowy Szwed Olaf Andvarforsen zostaje znaleziony w swoim pokoju ze skręconym karkiem przystępuje do kolejnego typowego, rutynowego śledztwa. Sprawdza ślady, przesłuchuje wszystkich gości, zamyka podejrzanych ale to nie zbyt przybliża go do rozwiązania sprawy. Wszystkich podejrzewa, na dodatek pojawia się dziwna postać Loirevic, cudem uratowana spod lawiny która chce się spotkać z ofiarą. Jest też tajemnicza walizka, oferta przekupstwa, pogróżki i „dobre rady od życzliwych”. Glebsky w związku z tym nie śpi, jeszcze więcej pije i zupełnie nie przyjmuje rad od przyjaciół. Co gorsza traci czujność. Najpierw wiec solidnie obrywa od przesłuchiwanego oprycha potem twardo trzymając się procedur pozwala na masowe zabójstwo które zostaje dokonane przez przybyłą helikopterem bandę nasłaną przez byłego hitlerowca a obecnie senatora Goldenwassera. Wprawdzie sprawiedliwość dopada przestępców a komisarz Glebsky awansuje, żeni się ma dzieci i wnuki. Na starość jednak wspomina ze smutkiem że nie wszystko tak poszło jak powinno…

1 страница из 42
читать на одной стр.
Настроики
A

Фон текста:

  • Текст
  • Текст
  • Текст
  • Текст

Шрифты

  • Аа

    Roboto

  • Аа

    Garamond

  • Аа

    Fira Sans

  • Аа

    Times

  • Аа

    Iowan

  • Аа

    San Francisco

  • Аа

    SF Serif

  • Аа

    New York

  • Аа

    Helvetica Neue

  • Аа

    Arial

  • Аа

    Georgia

  • Аа

    Times New Roman

  • Аа

    Courier

  • Аа

    Courier New

  • Аа

    Menlo

  • Аа

    SF Mono

стр.

Arkadij i Borys Strugaccy

Hotel pod poległym alpinistą

(Otel „U Pogibszego Alpinista”)

Przekład: Irena Lewandowska

Rozdział I

Zatrzymałem samochód, wysiadłem i zdjąłem ciemne okulary. Wszystko wyglądało tak, jak opowiadał Segut. Hotel był jednopiętrowy, żółtawozielony, a nad wejściem pięknie prezentował się szyld-nekrolog Pod Poległym Alpinistą. W wysokich, gąbczastych zaspach po obu stronach werandy sterczały różnokolorowe narty — naliczyłem siedem sztuk, w jednej siedział but. Z dachu zwisały faliste, zmętniałe sople grubości ręki. Z ostatniego okna po prawej stronie parteru wyjrzała czyjaś pobladła twarz, jednocześnie otworzyły się frontowe drzwi i na werandzie pojawił się łysy, krępy człowiek w rudej futrzanej kamizelce na śnieżnobiałej nylonowej koszuli. Podszedł ciężkim, powolnym krokiem i zatrzymał się przede mną. Miał grubo ciosaną twarz i kark zapaśnika wagi ciężkiej. Nie patrzył na mnie. Jego melancholijne spojrzenie wypełnione dostojnym smutkiem błądziło gdzieś poza mną. Niewątpliwie był to sam Alec Cenevert, właściciel hotelu i doliny Wilcza Gardziel.

— Tam… — powiedział nienaturalnie niskim i głuchym głosem. — Tam właśnie to wszystko się stało. — Wskazał dłonią, w której trzymał korkociąg. — Na tej grani…

Odwróciłem się i mrużąc oczy, spojrzałem na siwą, przerażającą i prawie pionową skałę zamykającą dolinę od zachodu, na białawe języki śniegu, na grzebieniastą turnię, wyraźną, jakby narysowaną na soczystoniebieskiej powierzchni nieba.

— Pękł karabinek — wciąż tym samym głuchym głosem ciągnął właściciel — dwieście metrów w linii prostopadłej spadał w dół, ku śmierci, i nie miał się o co zaczepić na gładkiej skale. Być może krzyczał. Nie słyszał go nikt. Być może się modlił. Słyszał go tylko Bóg. Potem dosięgnął zbocza i usłyszeliśmy huk lawiny, ryk obudzonej bestii, głodnej i żarłocznej i ziemia zadrżała, kiedy runął na nią wraz z czterdziestoma dwoma tysiącami ton krystalicznego śniegu…

— Po cholerę go tam poniosło? — zapytałem, patrząc na złowieszczą skałę.

— Niech mi pan pozwoli powrócić w przeszłość — powiedział właściciel, skłonił głowę i pięść z korkociągiem przyłożył do łysego czoła.

Wszystko wyglądało dokładnie tak, jak opowiadał Segut. Tylko psa nigdzie nie było widać, choć zauważyłem mnóstwo jego śladów i obok ganku, i wokół nart. Wróciłem do samochodu i wyciągnąłem koszyk z butelkami.

— Pozdrowienia od inspektora Seguta — powiedziałem i właściciel natychmiast z ochotą powrócił w teraźniejszość.

— Zacności człowiek — powiedział zadziwiająco normalnym głosem. — Co u niego słychać?

— Wszystko w najlepszym porządku — powiedziałem, wręczając mu koszyk.

— Jak widzę, nie zapomniał naszych wieczorów przy kominku.

— O niczym innym nie mówi — powiedziałem i chciałem zawrócić do samochodu, ale gospodarz złapał mnie za rękę.

— Ani kroku w tył! — oświadczył surowo. — Tym zajmie się Kaisa. Kaisa! — zagrzmiał niczym trąba.

Na werandę wybiegł pies — wspaniały bernardyn wielkości cielaka, biały w żółte łaty. Jak już wiedziałem skądinąd, pies ten był wszystkim, co pozostało po Poległym Alpiniście, jeżeli nie liczyć niektórych drobiazgów eksponowanych w pokoju muzeum. Nie byłem daleki od tego, żeby sobie obejrzeć, jak ten pies o damskim imieniu będzie wyładowywał mój bagaż, ale właściciel mocarną dłonią popchnął mnie w kierunku domu.

Przeszliśmy przez mroczny hol, w którym trwał jeszcze ciepły zapach zagasłego kominka i słabo lśniły lakierem modne niskie stoliki, skręciliśmy korytarzem na lewo i Cenevert pchnął ramieniem drzwi z napisem Biuro. Zostałem posadzony w wygodnym fotelu, a dźwięcznie bulgoczący koszyk znalazł przytulne schronienie w kącie. Właściciel otworzył leżącą na biurku ogromną księgę.

— Przede wszystkim pozwoli pan, że się przedstawię — powie — dział, w skupieniu oczyszczając paznokciem stalówkę wieczne — go pióra. — Jestem Alec Cenevert, właściciel hotelu i mechanik z zawodu. Zauważył pan oczywiście wiatraki przy wyjeździe z Wilczej Gardzieli?

— Ach, więc to były wiatraki?

— Tak. Silniki napędzane wiatrem. Sam je skonstruowałem i sam zbudowałem. Tymi oto rękoma.

— Co pan powie… — wymamrotałem.

— A tak. Sam. I jeszcze wiele innych rzeczy.

— Gdzie mam to zanieść? — zapytał za moimi plecami przeraźliwie cienki kobiecy głos.

Odwróciłem się. W drzwiach, z moją walizką w ręku, stała pulchniutka, różowiutka baryłeczka, mniej więcej dwudziestopięcioletnia, rumiana, o szeroko rozstawionych i szeroko otwartych błękitnych oczach.

— To jest Kaisa — oznajmił właściciel. — Kaisa! Ten pan przywiózł nam pozdrowienia od inspektora Seguta. Pamiętasz pana Seguta, Kaisa? Ty powinnaś go pamiętać.

Kaisa natychmiast zaczerwieniła się i zasłoniła twarz dłonią.

— Pamięta — wyjaśnił mi gospodarz. — Zapamiętała go… T-tak… Zatem umieszczę pana pod numerem 4. To najlepszy pokój w całym hotelu. Kaisa, zanieś walizkę pana m-mm…

— Glebsky — powiedziałem.

— Zanieś walizkę pana Glebsky’ego pod czwórkę… Wyjątkowa idiotka — zawiadomił mnie nawet z niejaką dumą, kiedy pulpecik zniknął. — Swego rodzaju fenomen… A więc, panie Glebsky? — spojrzał na mnie wyczekująco.

— Peter Glebsky — podyktowałem. — Inspektor policji. Urlop. Dwutygodniowy. Sam.

Właściciel starannie notował te wszystkie informacje ogromnymi, koślawymi literami. W czasie kiedy pisał, do biura, stukając pazurami po linoleum, wszedł bernardyn. Spojrzał na mnie, mrugnął jednym okiem i nagle z hałasem, jaki wydaje rzucona na podłogę wiązka drzewa, klapnął koło sejfu i położył pysk na łapie.

— To Lelle — zakręcając pióro, powiedział właściciel. — Sapiens. Wszystko rozumie, w trzech europejskich językach. Pcheł nie ma, ale linieje.

Lelle westchnął i przeniósł pysk na drugą łapę.

— Chodźmy — powiedział właściciel, wstając. — Zaprowadzę pana do pokoju.

Ponownie minęliśmy hol i poszliśmy schodami na górę.

— Obiad jest o szóstej — opowiadał właściciel. — Ale coś przekąsić można o każdej porze, a i wypić coś orzeźwiającego. O dziesiątej wieczorem lekka kolacja. Tańce, bilard, karty, pogawędki przy kominku.

Weszliśmy na pierwsze piętro i z korytarza skręciliśmy na lewo. Od razu przy pierwszych drzwiach Cenevert się zatrzymał.

— To tu — powiedział dawnym, głuchym głosem. — Proszę.

Otworzył przede mną drzwi, wszedłem do środka.

— Od tego właśnie pamiętnego i strasznego dnia… — zaczął i nagle zamilkł.

Pokój był przyzwoity, chociaż może nieco ciemny. Story zaciągnięte, na łóżku nie wiadomo dlaczego — ciupaga. Pachniało świeżym dymem tytoniowym. Na oparciu krzesła, stojącego pośrodku pokoju, wisiała czyjaś brezentowa kurtka, a na podłodze obok krzesła leżała gazeta.

— Hm… — powiedziałem nieco zaskoczony. — Wydaje mi się, że ktoś tu już mieszka.

Właściciel milczał. Jego uwagę przykuł stół. Na stole nie było niczego szczególnego, stała na nim tylko popielniczka z brązu, a w popielniczce leżała fajka z prostym ustnikiem. Chyba Dunhil. Z fajki unosił się dymek.

— Mieszka… — odezwał się wreszcie właściciel. — Czy naprawdę mieszka?… Zresztą dlaczego by nie?

Do głowy nie przychodziła mi żadna odpowiedź, czekałem, co będzie dalej. Mojej walizki nigdzie nie było widać, ale za to w kącie stał kraciasty sakwojaż z nalepkami niezliczonych hoteli. Nie mój sakwojaż.

— Tutaj — głos właściciela ponownie nabrał mocy — przez sześć lat od tego pamiętnego i strasznego dnia wszystko zostało tak, ja kon to pozostawił, wyruszając na swoją ostatnią wspinaczkę…

Z powątpiewaniem spojrzałem na dymiącą fajkę.

— Tak! — powiedział właściciel z wyzwaniem. — To jego fajka. Jego kurtka. Jego ciupaga… „Niech pan weźmie ze sobą ciupagę”, powiedziałem mu tego ranka. Ale on się tylko uśmiechnął i pokręcił głową. „Ale przecież nie chce pan tam pozostać na zawsze!” — zawołałem zmrożony strasznym przeczuciem, „Pour-quapas?” — odpowiedział mi po francusku. Do dzisiaj nie udało mi się wyjaśnić, co też to mogłoby znaczyć…

— To znaczy „Dlaczego by nie?” — wyjaśniłem.

Gospodarz z żałością pokiwał głową.

— Tak też myślałem… No a to jego sakwojaż. Nie pozwoliłem policji grzebać w jego rzeczach…

— A to jest jego gazeta — powiedziałem. Widziałem wyraźnie, że to była przedwczorajsza „Muir Gazette”.

— Nie — powiedział Cenevert. — Gazeta oczywiście nie jest jego.

— Też odnoszę takie wrażenie — przyznałem.

— To oczywiście nie jest jego gazeta — powtórzył. — I fajkę naturalnie palił tu nie on, ale ktoś inny.

Комментарии к книге «Hotel pod poległym alpinistą», Arkadij i Borys Strugaccy

Всего 0 комментариев

Комментариев к этой книге пока нет, будьте первым!