«Człowiek z wysokiego zamku»

3497

Описание

Jedna z najwybitniejszych powieści amerykańskiej fantastyki naukowej. Autor sugestywnie przedstawia inny wariant historii: państwa osi wygrały II wojnę światową, w podzielonej Ameryce ścierają się wpływy japońskie i niemieckie, a wielką poczytnością cieszy się zakazana powieść fantastyczna, w której Niemcy i Japonia wojnę przegrały. Nagroda Hugo 1963.

1 страница из 55
читать на одной стр.
Настроики
A

Фон текста:

  • Текст
  • Текст
  • Текст
  • Текст

Шрифты

  • Аа

    Roboto

  • Аа

    Garamond

  • Аа

    Fira Sans

  • Аа

    Times

  • Аа

    Iowan

  • Аа

    San Francisco

  • Аа

    SF Serif

  • Аа

    New York

  • Аа

    Helvetica Neue

  • Аа

    Arial

  • Аа

    Georgia

  • Аа

    Times New Roman

  • Аа

    Courier

  • Аа

    Courier New

  • Аа

    Menlo

  • Аа

    SF Mono

стр.

Philip K. Dick

Człowiek z wysokiego zamku

Mojej żonie Tessie i synowi Christopherowi z wielką miłością

1

Od tygodnia pan Childan z napięciem przeglądał swoją pocztę, ale cenna przesyłka z Gór Skalistych nie nadchodziła. Kiedy w piątek rano otworzył sklep i zobaczył, że na podłodze pod drzwiami leżą tylko listy, pomyślał, że czeka go przeprawa z zagniewanym klientem.

Nalawszy sobie kubek herbaty ze ściennego dystrybutora, wziął szczotkę i zaczął zamiatać; wkrótce frontowa część sklepu pod nazwą Amerykańskie Rzemiosło Artystyczne była gotowa na przyjęcie klientów: wszystko lśniło, w kasie zapas drobnych, świeże nagietki w wazonie, dyskretna muzyka z radia. Ulicą śpieszyli businessmani do swoich biur na Montgomery Street. W oddali przejechał tramwaj linowy; Childan przystanął i przyjrzał mu się z przyjemnością. Kobiety w długich, barwnych, jedwabnych strojach… im też się przyglądał. Telefon. Odwrócił się, żeby go odebrać.

— Słucham. — Odpowiedział mu znajomy głos. Childan poczuł skurcz serca. — Tu pan Tagomi. Czy ten mój plakat rekrutacyjny z wojny secesyjnej już nadszedł? Może pan pamięta, że miałem go otrzymać w zeszłym tygodniu? — Wymagający, ostry ton, na granicy grzeczności, ledwie zachowujący pozory. — Czy nie tak się umawialiśmy, kiedy dawałem zaliczkę? To ma być prezent, czy pan rozumie? Mówiłem przecież. Chodzi o klienta.

— Rozległe poszukiwania — zaczął Childan — które prowadziłem na własny koszt, szanowny panie Tagomi, w sprawie obiecanej przesyłki mającej nadejść, jak panu wiadomo, z zagranicy…

— A zatem nie nadeszła?

— Nie, szanowny panie Tagomi.

Lodowate milczenie.

— Dłużej czekać nie mogę — powiedział wreszcie Tagomi.

— Rozumiem. — Childan patrzył ponuro przez okno wystawowe na ciepły, pogodny dzień i biurowce San Francisco.

— Coś zastępczego zatem. Co pan radzi, panie Childen? — Tagomi z rozmysłem błędnie wymówił nazwisko; obraza, od której Childan zaczerwienił się po uszy. Hańba dla firmy, straszne upokorzenie. Lęki, ambicje i udręki Roberta Childana skłębiły się, zalały go, krępując mu język. Jąkał coś, dłoń kleiła mu się do słuchawki. Powietrze w sklepie przesycone było zapachem nagietków, rozbrzmiewała muzyka, lecz on miał uczucie, że tonie w jakimś dalekim morzu.

— Może… — zdołał wyjąkać — maselnica. Maszynka do lodów z roku 1900. — Umysł odmawiał mu posłuszeństwa. Jak tylko człowiek zapomni, jak tylko zacznie oszukiwać sam siebie… Miał trzydzieści osiem lat i pamiętał okres przedwojenny, inne czasy. Franklin D. Roosevelt i Targi Światowe, dawny, lepszy świat. — Czy mógłbym przywieźć różne interesujące okazy do miejsca pana pracy? — wyjąkał wreszcie.

Umówili się na drugą. Odwieszając słuchawkę myślał, że musi zamknąć sklep. Nie miał wyboru. Trzeba zabiegać o względy takich klientów, na nich opiera się cały interes.

Stojąc na drżących nogach uświadomił sobie, że ktoś wszedł do sklepu. Młody mężczyzna i kobieta, oboje przystojni, dobrze ubrani. Idealni. Opanował się i fachowo, lekko, z uśmiechem podszedł do nich. Pochyleni oglądali rzeczy w gablocie, wybrali uroczą popielniczkę. Małżeństwo, domyślił się. Prosto z Miasta Powiewnych Mgieł, nowego ekskluzywnego osiedla na wzgórzu nad Belmont Avenue.

— Hello — powiedział i poczuł się lepiej. W ich uśmiechach nie było cienia wyższości, sama uprzejmość. Jego zbiory — autentycznie najlepsze w swoim rodzaju na całym Wybrzeżu — wprawiły ich w podziw; zauważył to i był im wdzięczny, że potrafią to docenić.

— Rzeczywiście wspaniałe — odezwał się młody człowiek.

Childan skłonił się z przyjemnością.

Ich wzrok, wyrażający prócz czysto ludzkiej sympatii także wspólną radość z jego dzieł sztuki oraz poczucie podobnych gustów i upodobań, był przez cały czas skierowany na niego; byli mu wdzięczni, że dzięki niemu mogli takie rzeczy oglądać, wybierać, podziwiać i dotykać, nawet nie kupując. Tak, pomyślał, oni rozumieją, co to za sklep, nie jakaś tam turystyczna tandeta, sekwojowe plakietki z napisem Rezerwat Muira lub PSA, humorystyczne wywieszki, pierścionki i pocztówki z rozebranymi dziewczynkami czy widoczki mostu nad zatoką. A już te oczy kobiety, duże, ciemne. Bardzo łatwo, myślał Childan, mógłbym zakochać się w takiej kobiecie. Jak tragiczne byłoby wówczas moje życie; jakby teraz było mi za dobrze. Modna fryzura, lakierowane paznokcie, z przekłutych uszu zwisają długie, mosiężne kolczyki ręcznej roboty.

— Pani kolczyki — wyjąkał — nabyte może tutaj?

— Nie — odpowiedziała. — W kraju.

Childan skinął głową. Oczywiście nic z nowoczesnego rzemiosła amerykańskiego. Jedynie przeszłość mogła być reprezentowana w takim sklepie.

— Państwo tutaj na długo? — spytał. — W naszym San Francisco.

— Przybyłem na czas nieograniczony — odparł mężczyzna. — Pracuję w Komisji Badania Stopy Życiowej Rejonów Upośledzonych. — Jego twarz wyrażała dumę. Nie jest wojskowym, jednym z tych żujących gumę prostaków o chciwych chłopskich twarzach, którzy zapełniają lokale i kina pornograficzne, strzelnice i tanie nocne kluby udekorowane zdjęciami szczerzących zęby, podtrzymujących piersi podstarzałych blondynek, którzy tłoczą się na ulicach zakazanej, kipiącej ruchem dzielnicy slamsów, zajmującej większość równinnej części miasta… wśród rachitycznych bud, z blachy i desek, wyrosłych na ruinach, zanim jeszcze przestały spadać bomby. Nie, ten człowiek należał do elity. Kulturalny, wykształcony bardziej jeszcze niż pan Tagomi, który zajmował przecież wysokie stanowisko w poważnej instytucji, jaką była Pacyficzna Misja Handlowa. Tagomi był starym człowiekiem. Jego poglądy ukształtowały się w latach Gabinetu Wojennego.

— Czy szukają państwo wyrobów tradycyjnego miejscowego rękodzieła na prezent dla kogoś? — spytał Childan. — Czy też może do dekoracji swego nowego mieszkania tutaj? — Jeżeli to drugie… Serce kupca zabiło żywiej.

— Trafne przypuszczenie — odpowiedziała kobieta. — Urządzamy mieszkanie. Trochę jeszcze niezdecydowani. Czy może mógłby pan nam służyć radą?

— Tak, chętnie udam się do państwa mieszkania. Przywożąc kilka walizek mógłbym zaproponować coś na miejscu, we wnętrzach. To nasza specjalność. — Spuścił oczy, żeby ukryć nadzieję. W grę mogą wchodzić tysiące dolarów. — Oczekuję stołu z Nowej Anglii, klonowy, zrobiony bez jednego gwoździa. Także lustra z czasów napoleońskich. Mam również wyroby krajowców: kilimy z koziej wełny, farbowane barwnikami roślinnymi.

— Co do mnie — powiedział mężczyzna — to wolę sztukę miejską.

— Oczywiście — zgodził się skwapliwie Childan. — Proszę posłuchać. Mam czteroczęściowe malowidło na dykcie z urzędu pocztowego, przedstawiające Horace’a Greeleya. Oryginał z czasów pierwszej prezydentury Roosevelta. Bezcenny rarytas.

— Ach! — jęknął Japończyk, a jego ciemne oczy rozbłysły.

— I radiolę z roku 1920, przerobioną na barek.

— Ach!

— I, proszę posłuchać, oprawione zdjęcie Jean Harlow z autografem.

Japończykowi mało nie wyskoczyły oczy.

— Czy zechcą państwo ustalić datę spotkania? — spytał Childan, wykorzystując najodpowiedniejszy moment psychologiczny. Z wewnętrznej kieszeni marynarki wyjął notes i pióro. — Zapiszę sobie państwa adres.

Potem, kiedy para wyszła ze sklepu, Childan stanął, założywszy z tyłu ręce i wyjrzał na ulicę. Radość. Gdybyż wszystkie dni były takie jak ten… Był to nie tylko dobry interes, sukces dla firmy, lecz, co więcej, okazja do spotkania się na gruncie towarzyskim z młodym japońskim małżeństwem, które dostrzegło w nim człowieka, nie zaś jankesa lub w najlepszym razie sprzedawcę dzieł sztuki. Tak, to wchodzące w życie pokolenie młodych ludzi, którzy nie pamiętają lat przedwojennych ani nawet wojny, jest nadzieją świata. Różnice pozycji nie mają dla nich znaczenia.

Kiedyś to się skończy, pomyślał Childan. Zniknie samo pojęcie pozycji. Nie będzie rządzących i rządzonych, będą po prostu ludzie.

Mimo to drżał z niepokoju wyobrażając sobie, jak zapuka do ich drzwi. Przejrzał swoje notatki. Państwo Kasowa. Przyjmą go, pewnie zaproponują herbatę. Czy potrafi się zachować? Czy zrobi i powie w odpowiedniej chwili to, co trzeba? Czy też zachowa się jak zwierzę, zhańbi się jakimś okropnym faux pas?

Kobieta ma na imię Berty. Jaka sympatyczna twarz, myślał. Łagodne, pełne zrozumienia spojrzenie. Niewątpliwie nawet podczas krótkiej wizyty w sklepie zauważyła jego nadzieje i porażki.

Nadzieje — poczuł nagły zawrót głowy. — Szaleńcze, może nawet samobójcze mrzonki. Ale przecież słyszało się o związkach między Japończykami i jankesami, chociaż zwykle chodziło o Japończyka i białą kobietę. A ona była na dodatek mężatką. Przestraszył się samej myśli. Otrząsnął się i zabrał się energicznie do otwierania porannej poczty.

Комментарии к книге «Człowiek z wysokiego zamku», Филип Киндред Дик

Всего 0 комментариев

Комментариев к этой книге пока нет, будьте первым!

РЕКОМЕНДУЕМ К ПРОЧТЕНИЮ

Популярные и начинающие авторы, крупнейшие и нишевые издательства