• Читалка
  • приложение для iOs
Download on the App Store
  • Читалка
  • приложение для Android
Get it on Google Play

«Trudny Trup»

2501

Описание

''Co najmniej przez kilka miesięcy szukałam trupa. Nie rozkopywałam grobów i ugorów, nie zwiedzałam kostnic, starych piwnic ani śmietników, nie gmerałam w gliniankach. Szukałam we własnym umyśle i w ludzkich plotkach, także w mediach, prezentujących wydarzenia okropne i krwawe w taki sposób, żeby przypadkiem jakieś niewłaściwe tajemnice nie wyszły na jaw. (…) Trupa żądała ode mnie Martusia'' – fragment najnowszej powieści najpoczytniejszej polskiej pisarki.

3 страница из 52
читать на одной стр.
Настроики
A

Фон текста:

  • Текст
  • Текст
  • Текст
  • Текст

Шрифты

  • Аа

    Roboto

  • Аа

    Garamond

  • Аа

    Fira Sans

  • Аа

    Times

  • Аа

    Iowan

  • Аа

    San Francisco

  • Аа

    SF Serif

  • Аа

    New York

  • Аа

    Helvetica Neue

  • Аа

    Arial

  • Аа

    Georgia

  • Аа

    Times New Roman

  • Аа

    Courier

  • Аа

    Courier New

  • Аа

    Menlo

  • Аа

    SF Mono

стр.

– Strasznie dużo mi to mówi. W Paryżu byłam raz w życiu. Powiedz porządniej! Kloszard leżał na chodniku, przykryty od góry workiem, wyglądał jak kupa szmat, z której wystawały buty, i zainteresowałam się nim tylko dlatego, że parkowałam tuż obok. Siedziałam w samochodzie na miejscu pasażera, bo na miejsce kierowcy świeciło słońce, czekałam na własne dzieci i nie miałam co robić. Rzucałam na niego okiem, trochę zaciekawiona, czy śpi, czy też nie żyje. Wnioskując z doskonałej obojętności przechodniów, obejrzano by go bliżej dopiero, kiedy by się zaśmiardł, co w panującym upale powinno nastąpić dość rychło.

Powiedziałam o nim Martusi, która trzecią puszkę piwa uznała za niezbędną i poleciała po nią do lodówki. Rozważałyśmy przez chwilę przydatność kloszarda, obojętne, żywego czy martwego.

– W żadnym razie nie zgadzam się przenosić akcji do Paryża! – powiedziała Marta stanowczo. – To znaczy, łatwo zrozumiesz, że ja sama zgodziłabym się chętnie, ale te… zaraz, chciałam się wyrazić elegancko… ci finansowi decydenci na to nie pozwolą.

A u nas jednak, co by o tym kraju nie myśleć, zwłoki z ulicy zbierają.

Kiwnęłam głową.

– No więc mów, wobec tego, o naszym krajowym trupie i niech ja się wreszcie dowiem, jaką głupotę wywinęłam tym razem. Nie, ty pierwsza, ja potem. Kiedy to w ogóle było? – Dzisiaj. To znaczy wczoraj. Zaraz, które? – Nie wiem, które. Początek kiedy był.

– Nie wiem, co było początkiem i kiedy nastąpił. Masz na myśli zbrodnię czy moje osobiste turbulencje? – Jedno i drugie, jeżeli się wiąże. Czy my się nigdy nie dogadamy? – Jakoś nam to dzisiaj źle wychodzi, fakt – przyznała Martusia smętnie. – Nie wiem, czy się wiąże. Pozornie owszem, a de facto przysięgam ci na kolanach, że nikogo nie zabiłam. Dominik też nie, jestem pewna. On niezdatny. Chociaż… czy ja wiem? Taki był na mnie zły, że może z rozpędu…? Uznałam, że muszę jej tu urządzić prawdziwe, rzetelne przesłuchanie. Przyniosłam z kuchni jeszcze jedno piwo, żółty serek i nóż, żeby chociaż przez chwilę nigdzie nie latać.

– Czekaj, po kolei. Kiedy porzuciłaś Dominika i poleciałaś do tego kasyna?

– Wczoraj o dziesiątej wieczorem. Może trochę po.

– A gdzie z nim w ogóle byłaś? – W Marriotcie.

– Coście, do diabła, robili w Marriotcie?! Możesz to powiedzieć jakoś porządnie? – O Boże, ja cierpię, a ty się czepiasz szczegółów! No dobrze już, dobrze. Miał przylecieć wczoraj producent ze Stanów, pertraktuje sprawę koprodukcji, znane osoby artystyczne, dokument, jestem w tym i chcę być, czekaliśmy na niego…

– Gdzie dokładnie? – W knajpie, rzecz jasna. Od dziewiętnastej pięć, właśnie w Marriotcie, w tej poetycznej… no, jak jej tam… nie Balladyna, ale Słowacki… Lilia Weneda! – Tuż obok wejścia do kasyna! – Toteż właśnie, i z tego się wzięło całe nieszczęście…

– Zaraz. Tam trzeba zamawiać stolik! – A czy ja mówię, że nie? Tycio zamówił.

Wiedziałam bardzo, dobrze kto to jest Tycio, noszący, rzecz jasna, normalne, ludzkie imię i nazwisko, ale zwany Tyciem, bo był wielki i gruby. Telewizyjna szycha, zaprzyjaźniona, i z Martusią, i z Dominikiem.

– I żarł z wami tę kolację? – Nawet zdaje się, że za nią zapłacił.

– A ten producent…? – Też miał być i w ostatniej chwili przyszła wiadomość, że się spóźni o jeden dzień, dziś przyleci, a nie wczoraj.

– W ostatniej chwili? – zgorszyłam się. – To jakiś niepoważny dupek!

Martusią niecierpliwie pomachała ręką.

– Zawiadomił wcześniej, ale sekretarkę Tycia, a ona go nie mogła złapać i złapała dopiero Dominika na komórkę, już w knajpie. No więc zjedliśmy tę kolację sami, bo co można było zrobić innego? – Tycio poszedł wcześniej, czy siedział do końca? – No coś ty? Tycio by się oderwał od żarcia? Razem ich tam zostawiłam…

– Jeszcze lepiej – pochwaliłam i poleciałam jednak po kolejną puszkę piwa, nie przerywając przesłuchania, tyle że z kuchni musiałam głośniej wrzeszczeć. Przy sensacyjnym temacie jakoś szybko nam ten napój wychodził. – A kiedy znaleźli tego trupa i gdzie? – Trupa, o ile wiem, znaleźli o bladym świcie, koło dziewiątej rano, ale czekaj, bo nie w tym rzecz. Pokój dla tego faceta był już nie tylko zarezerwowany, ale nawet zapłacony, na nasze zaproszenie przyjeżdża i telewizja płaci. A Dominik to telewizja, nie? Więc po tej kolacji Tyciowi nie chciało się go wlec do domu…

– Urżnął się w trupa?

– Urżnął się na samobójczo i przeciwko światu, ale nie w trupa. Męcząco.

Wiedziałam, co to znaczy, więc tylko kiwnęłam głową. Martusia wiedziała, że ja wiem, zatem tylko westchnęła.

– No i zwyczajnie wepchnął go do tego pokoju. Telewizja to telewizja, co im za różnica, kto tam mieszka. A ja miałam wyrzuty sumienia, wcale nie wiedziałam, że Dominik został w hotelu, wyszłam z kasyna wcześnie, koło trzeciej, i od rana zaczęłam go szukać. Przez Tycia. I poleciałam do tego cholernego hotelu koło dziesiątej, a ten jakiś padł trupem podobno przedtem. Co ty o tym wiesz? – O mojej wiedzy za chwilę. A który to był pokój? – Dwadzieścia trzy dwadzieścia siedem, na dwudziestym trzecim piętrze…

Jęknęłam i usiadłam. Oczywiście, musiał mieszkać tuż obok, specjalnie po to, żebym nie mogła ukryć tego czegoś, co popełniłam, co najmniej wykroczenia, a może nawet przestępstwa. Cholera. Ale może uda się uniewinnić Dominika beze mnie…? Wcale nie chcę poświęcać się dla niego!

– A kiedy właściwie pojechaliście do Lilii Wenedy na tę kolację? Prosto skąd? – Ja z Woronicza. A Dominik z domu, podjechałam po niego i czekałam z kwadrans, już był zdenerwowany, jak wyszedł, i widać było, że świat go nie lubi, a ja robię za jedyną opokę. Możliwe, że ta opoka wywarła swój wpływ na kasyno…

– Wywarła – zapewniłam ją z mocą. – Czekaj, jeszcze… Kto może zaświadczyć, że on był w domu, bo wedle moich wyliczeń czekałaś tam na niego od wpół do siódmej.

Może przyleciał, zziajany, pięć minut wcześniej? Martusia poprzyglądała mi się chwilę.

– Pomysł wydaje mi się wręcz upiorny. Nie umiem sobie wyobrazić zziajanego Dominika. Szczególnie, że tkwił w domu z żoną i dziećmi, co wiem na pewno, bo dzwonili do niego z pracy wszyscy w moich oczach prawie, na telefon i na komórkę, i rozmawiał na oba uszy. Byłam świadkiem, od strony dzwoniących.

Zrozumiałam, że była świadkiem telefonów do miejsca zamieszkania Dominika, gdzie go te telefony zastawały. Zatem musiał tam być…

– … Żona też odbierała, a raz nawet dziecko – ciągnęła Martusia. – A ja miałam szczękościsk, co trudno zapomnieć, ale nie włączałam się w tę orgię, bo już z nim byłam umówiona. Dwadzieścia osób zaświadczy, że znajdował się w domu. Już nie jestem aż tak strasznie głupia, żeby nie wiedzieć, dlaczego pytasz.

– A gdzie Dominik był przedtem? – U siebie w gabinecie. Miał malutkie spotkanko z ludźmi, takie dwugodzinne, do czwartej trwało. A jeszcze przedtem był na kolaudacji w licznym gronie.

Uspokoiłam się trochę, sytuacja bowiem wydała mi się jasna. Byłam tam tuż przed wizytą u Anity, potem zaś w ostatniej chwili zdążyłam do banku, który o siódmej zamykano. Zatem widziałam te zwłoki około szóstej, kiedy Dominik tkwił w domu. Nawet jeśli faceta ktoś rąbnął dwie godziny wcześniej, to też Dominik odpadał, znajdował się między ludźmi, sekcja powinna wykazać czas zgonu, a świadków jego poczynań istniało z pewnością zatrzęsienie.

– No to z głowy – orzekłam z ulgą. – Ten trup już tam leżał, kiedy z Tyciem żarliście kolację. Widziałam go na własne oczy. Dlaczego Dominik w ogóle miałby być podejrzany? Znał go czy co? – W życiu go na oczy nie widział! Ale tam są drzwi pomiędzy tymi pokojami i one okazały się otwarte. Więc Dominika zrobili pierwszym podejrzanym, szczególnie że upierał się, że nic nie słyszał i nic nie wie. I chyba w jego pokoju coś znaleźli, ale nie wiem co. Czekaj no…! Nagle dotarło do niej to, co powiedziałam.

– Zaraz, co ty mówisz? Że go widziałaś? Czy mnie się tylko przywidziało, że mówisz, że go widziałaś? – Za dużo tych widzeń – skrytykowałam tekst. – Ale owszem, widziałam i w razie czego się wyprę, chyba żeby na Dominika padło, ale mowy nie ma, nie padnie.

– Skąd wiesz? – Umiem liczyć.

– Bardzo cię za to podziwiam, bo ja nie.

– Nie szkodzi. Gliny też umieją. Skoro w chwili, kiedy tam byłam, on już leżał nieżywy, Dominik nie mógł go trzasnąć, a przedtem ma ludzkie alibi. Niemożliwe, żeby zdążył! – A kiedy tam byłaś? – Między szóstą a za kwadrans siódma. Widziałam go o szóstej.

Marta, ze szklanką piwa przy ustach, zaczęła machać rozpaczliwie ręką, co zaniepokoiło mnie na nowo. Przełknęła wreszcie.

– To na nic. Skąd on ci się w ogóle wziął nieżywy o szóstej? Im wyszło, że szlag go trafił między dziesiątą a pierwszą w nocy, jak Dominik już tam był. Sam. Beze mnie.

Gdybym nie poszła do kasyna, byłby ze mną. O szóstej jeszcze żył.

– Kto żył? – Trup.

– Kto tak powiedział? – Sądzę, że lekarz, nie? Przypomniałam sobie widok, jaki oglądałam w pokoju, wówczas sądziłam, że Anity.

Комментарии к книге «Trudny Trup», Иоанна Хмелевская

Всего 0 комментариев

Комментариев к этой книге пока нет, будьте первым!

РЕКОМЕНДУЕМ К ПРОЧТЕНИЮ

Популярные и начинающие авторы, крупнейшие и нишевые издательства