• Читалка
  • приложение для iOs
Download on the App Store
  • Читалка
  • приложение для Android
Get it on Google Play

«Arcymag. Część I»

3480

Описание

Zmęczony dość uciążliwymi w przyswajaniu lekturami szkolnymi oraz nieco ambitniejszą fantastyką, jakiś czas temu poczułem silną potrzebę sięgnięcia po coś lekkiego i nie wymagającego zbytniego zaangażowania umysłowego, a do tego na tyle rozluźniającego, bym mógł z nowymi siłami wrócić do poważniejszej literatury. Fabryka Słów stanęła na wysokości zadania i wypuściła na rynek pierwszą część Arcymaga, który wyszedł spod pióra jeszcze nieznanego u nas rosyjskiego fantasty, Aleksandra Rudazowa. Ponieważ opis z tyłu okładki – zabawny i oryginalny – wydał mi się zachęcający, bez zbędnego wahania chwyciłem za wspomniane dzieło. Jak się wkrótce okazało, była to jedna z moich najtrafniejszych decyzji od przynajmniej kilku miesięcy, jeśli chodzi o dobór lektury. Fabuła okazuje się dość oryginalna. Aby uciec od swych przeciwników, sumeryjski arcymag Kreol decyduje się na wielce ryzykowny krok – wraz ze swym filigranowym dżinem-sługą ukrywa się w grobowcu i zapada tam na długi, bo trwający aż pięć tysięcy lat, sen. W ten sposób, a także dzięki wyprawie archeologicznej, która odkryła jego miejsce spoczynku, budzi się we współczesnym San Francisco. Jako że przeżycie w naszych realiach bez jakichkolwiek informacji jest niewątpliwie sporym wyczynem, nasz bohater ochoczo przyjmuje pomoc tutejszej młodej policjantki, napotkanej w dość niespodziewanych okolicznościach. Teraz Kreol ma szansę zadomowić się w nowych czasach, jednak szybko okazuje się, że jego wrogowie wcale nie zniknęli w mrokach dziejów. Powieść okazała się tak bardzo wciągająca, że na jej pochłonięcie wystarczyło mi jedno popołudnie. Co ciekawe, fabuła nie ma w tym pierwszorzędnej zasługi, albowiem ta jeszcze nie zdążyła się rozkręcić i jak na razie obyło się bez fajerwerków. Nic w tym dziwnego, skoro recenzowana przeze mnie pozycja to dopiero pierwsza z dwu części Arcymaga (a znając...

1 страница из 43
читать на одной стр.
Настроики
A

Фон текста:

  • Текст
  • Текст
  • Текст
  • Текст

Шрифты

  • Аа

    Roboto

  • Аа

    Garamond

  • Аа

    Fira Sans

  • Аа

    Times

  • Аа

    Iowan

  • Аа

    San Francisco

  • Аа

    SF Serif

  • Аа

    New York

  • Аа

    Helvetica Neue

  • Аа

    Arial

  • Аа

    Georgia

  • Аа

    Times New Roman

  • Аа

    Courier

  • Аа

    Courier New

  • Аа

    Menlo

  • Аа

    SF Mono

стр.

Aleksander Rudazow


Arcymag. Część I

Przełożyła Agnieszka Chodkowska-Gyurics

To powiedziawszy, zawołał donośnym głosem:

„Łazarzu, wyjdź na zewnątrz!” I wyszedł zmarły,

mając nogi i ręce powiązane opaskami,

a twarz jego była zawinięta chustą.

Ewangelia wg św. Jana

(tłumaczenie wg Biblii Tysiąclecia)

Wskrzeszenie martwego to zadanie trudne

i czasochłonne, ale możliwe, jeśli podejdzie się doń

umiejętnie i odprawi wszystkie niezbędne rytuały.

Magiczna księga Kreola


Prolog

Profesorze, to niesamowite! – zawołał Simon z zachwytem. – Czy to możliwe, że ma pięć tysięcy lat? Wygląda jakby umarł miesiąc temu! Może to wampir?

Profesor Green z pobłażaniem popatrzył na swego pomocnika. Młody Simon był jeszcze studentem, a profesor Green bardzo wątpił, czy kiedykolwiek zakończy studia na uniwersytecie. Co prawda młodzieniec szczerze kochał historię i archeologię, ale w żadnej z tych nauk nie przejawiał ani krzty talentu. Cechował się dziurawą pamięcią, absolutnym brakiem umiejętności skupienia się nad czymś konkretnym dłużej niż pięć minut, a przede wszystkim – niepodatną na żadne wpływy duszą romantyka. Profesora zmęczyło już wyjaśnianie uczniowi, że zawód archeologa zupełnie nie przypomina tego, czym zajmują się, swoją drogą znani, Indiana Jones czy Lara Croft. To przede wszystkim nudne wykopywanie starych kości i czaszek, a potem nie mniej nudne studiowanie ich w ciszy gabinetu. Archeolodzy niezwykle rzadko znajdują skarby, a jeszcze rzadziej mają do czynienia z bandytami, nie mówiąc już o bardziej osobliwych siłach nieczystych. Tym niemniej Simon cały czas nie tracił nadziei.

– Wampiry nie istnieją – dobrodusznie uśmiechnął się profesor. – Masz rację, ten obiekt rzeczywiście zachował się nadzwyczaj dobrze. Obawiam się, że chwilowo nie mogę wyjaśnić tego faktu…

– A wersje? – Asystent natychmiast zaczął kusić profesora. Poznał już dobrze tego starego kozła i dawno przekonał się, że szanowany archeolog najbardziej ze wszystkiego lubi tworzyć różne hipotezy i wyjaśniać to, co niewyjaśnione.

– Jakieś wersje zawsze się znajdą. – Green z zadowoleniem uśmiechnął się pod wąsem. – Po pierwsze, starożytni Sumeryjczycy mogli posiąść tajemnicze umiejętności, pozwalające im zachowywać ciała władców w tak wspaniałym stanie. Coś podobnego do egipskiego balsamowania, tylko znacznie doskonalsze… Jeśli się nie mylę, może to być tematem nowej pracy naukowej, no właśnie… Kiedy wrócę z Meksyku, koniecznie muszę dokładniej zbadać cesarza…

Profesor uśmiechnął się i nalał sobie wody. Przy podobnych rozmyślaniach zawsze chciało mu się pić.

– A po drugie?

– Czyli? – Odciągnięty od przyjemnych myśli Green zmarszczył czoło.

– Powiedział pan „po pierwsze”. A to znaczy, że powinno być „po drugie”. – Simon pozwolił sobie na lekki uśmiech.

– No tak, oczywiście. – Pokiwał głową profesor. – Druga wersja jest zupełnie nieciekawa. Może okazać się, że to zwykły zbieg okoliczności, i w rzeczywistości ten człowiek umarł nie pięć tysięcy lat temu, a na przykład w zeszłym miesiącu. Co prawda, nadal nie wiadomo, jak w takim przypadku dostał się do sarkofagu… No dobrze, jestem przekonany, że sekcja rozwiąże tę zagadkę.

Przytoczona rozmowa dotyczyła ciała w sarkofagu, który przysłano profesorowi z wykopalisk prowadzonych w pobliżu Eufratu. A dokładniej, z miejsca, gdzie kiedyś płynął – w ciągu pięciu tysięcy lat rzeka nieco zmieniła koryto. Sarkofag bynajmniej nie wyglądał na cenny, co więcej, nazwać go sarkofagiem można było tylko z litości – w istocie była to zwykła kamienna trumna, ozdobiona krótkim napisem w języku starosumeryjskim. Jedyne, co mogło zwrócić na niego uwagę, to wielkość. No i oczywiście zagadka zamkniętego w nim ciała.

Profesor nazwał zmarłego „cesarzem”. Zrobił to bez namysłu – nie udało się odnaleźć nic, co by wskazywało na to, kim nieboszczyk był za życia. Nawet jego imię nadal stanowiło zagadkę. Chociaż zachował się rzeczywiście bardzo dobrze. Skóra uległa znacznym zniszczeniom, włosy przez tyle lat całkiem się rozłożyły (jeśli tylko za życia nie był łysy), odzież zbutwiała, ale ciało jako takie pozostało nienaruszone. Było to tym dziwniejsze, że profesor nie znalazł żadnych śladów ludzkich działań, żadnych bandaży, spowijających zazwyczaj egipskie mumie i inne tego rodzaju obrzydlistwa.

Za życia nieboszczyk był wysokim mężczyzną, być może o dość miłych rysach twarzy. Teraz wyglądał oczywiście jak prawdziwy potwór, ale nie można wymagać zbyt wiele po upływie pięciu tysięcy lat od śmierci. Z szat zostały tylko żałosne resztki, ale nawet one świadczyły, że kiedyś ten trup zajmował wysoką pozycję w społeczeństwie. Tego samego dowodził grobowiec – zwykłych chłopów nie chowano tak starannie.

– A co znaczy ten napis? – z ciekawością zapytał Simon.

– A tak, napis… – zamruczał profesor z roztargnieniem, wciąż jeszcze pogrążony w myślach. – Coś w rodzaju pośmiertnej modlitwy, oczywiście, jeśli nie pomyliłem się podczas tłumaczenia… To przecież nie jest nawet starosumeryjski, a powiedzmy… przedstarosumeryjski. Same zaczątki cywilizacji.

– Profesorze, napis! – Simon przechylił głowę z miną pełną wyrzutu.

– Tak, przepraszam – skrzywił się Green. – Tu napisano „Niech będzie sławiony przez wieki Marduk Potężny Topór, Władca Dziewięciorga Niebios! Weź i zachowaj moją duszę, dopóki nie nadejdzie czas oddać ją z powrotem. Jeśli taka będzie twoja wola, zakończę to, co ty zacząłeś”. Najprawdopodobniej zwyczajna nagrobna inskrypcja, związana z religią. Być może ten człowiek był kapłanem Marduka. Sądzę, że warto to zbadać dokładniej…

Profesor przeszedł przez laboratorium, na chwilę zatrzymał się obok półki z nowymi eksponatami. Wraz z tajemniczą trumną przysłano jeszcze kilka przedmiotów znalezionych w tym samym grobowcu – parę ceramicznych czarek, miedziany nóż, glinianą tabliczkę z nierozszyfrowanym tekstem i malutką kamienną szkatułkę. Obojętnie dotknął naczyń i noża, z pewnym zainteresowaniem uchylił wieczko szkatułki i rzucił przelotne spojrzenie na tabliczkę.

– To też całkiem ciekawy przedmiot – powiedział w zamyśleniu. – To samo pismo co na sarkofagu, ale nie ma w tym żadnego sensu. Po prostu zbiór przypadkowych znaków.

– Szyfr? – zasugerował Simon.

– Może. A może nieznany mi dialekt. Trzeba będzie poprosić doktora Rewersa, żeby rzucił na to okiem. Ale to potem, potem…

Profesor omiótł roztargnionym wzrokiem laboratorium, upewnił się, że biurko jest porządnie zamknięte i zaczął wkładać płaszcz. Październik nie jest najcieplejszym miesiącem w roku, nawet w przepięknym San Francisco, a profesor nie cieszył się końskim zdrowiem.

– Proszę. – Green dobrodusznie przepuścił ucznia przodem. – Ustępuję miejsca młodości…

– Do poniedziałku, profesorze! – Simon pomachał mu ręką, schodząc po schodach.

Green odprowadził go zamyślonym spojrzeniem. Młodość, młodość… Oddałby wszystko, żeby cofnąć się o jakieś czterdzieści lat.

Zamykając za sobą drzwi laboratorium, profesor zamarł, nasłuchując niepewnie. Wydawało mu się, że usłyszał jakiś niezwykły dźwięk, podobny do cykania zegara. Stał przez chwilę, ale nic więcej nie usłyszał.

Zgasił więc światło i przekręcił klucz w zamku. Rozległ się stłumiony odgłos jego kroków na korytarzu i wszystko ucichło.

Gdyby profesor Green miał lepszy słuch albo lepiej znał się na anatomii, mógłby rozpoznać usłyszany dźwięk. Było to uderzenie serca, pierwsze i niezwykle głośne. Nie ma się czemu dziwić – to serce milczało przez całe pięć tysięcy lat.

Rozdział 1

Kreol otworzył oczy. Z początku przez kilka minut nic nie widział – oczom potrzeba było czasu, zanim znów przystąpiły do pracy. Jeszcze więcej czasu potrzebowały płuca, by zacząć oddychać, i serce, aby znowu bić. Krew wolno popłynęła wyschniętymi przez tysiąclecia żyłami. Gęsta ciecz, którą tylko przy dużej dozie dobrej woli można nazwać krwią, nie miała ochoty przemieszczać się tak, jak nakazuje przyroda i tylko niezwykle silna wola Kreola pchała ją naprzód.

Minęła ponad godzina, nim eksnieboszczyk był w stanie poruszyć dużym palcem u nogi. Minęło jeszcze dwadzieścia minut i zdołał podnieść rękę. Profesor Green przewracał się już na drugi bok we własnym łóżku, gdy Kreolowi w końcu udało się wyleźć z trumny.

Комментарии к книге «Arcymag. Część I», Александр Валентинович Рудазов

Всего 0 комментариев

Комментариев к этой книге пока нет, будьте первым!

РЕКОМЕНДУЕМ К ПРОЧТЕНИЮ

Популярные и начинающие авторы, крупнейшие и нишевые издательства